Ja vs Magurski 0:2. Jeszcze tam wrócę!

W jakiejś ogromnej fabryce mówię komuś, kto pracuje przy taśmie, że na Ultramaratonie Magurskim 92 km miałem czas 11:45. Jestem z siebie dumny i zadowolony, ale za chwilę wraz z otwarciem oczu, czar pryska. Obudziłem się, a to był niestety tylko sen. W rzeczywistości za oknem było jeszcze ciemno, średnio przytomny podniosłem się z łóżka, żeby sprawdzić godzinę. Zegarek pokazywał 3:21, szybszy od budzika – pomyślałem i wstałem, aby zacząć rutynowy proces szykowania. Na szczęście nie byłem sam w tym całym wirze bułek, miodu, żeli i kawy. Razem ze mną z domku na start, za dwadzieścia piąta, wyruszyły jeszcze 4 osoby. Jak to mówią – w kupie siła. Jednak tej przedostatniej zabrakło. Tak sobie myślę, że życie byłoby za piękne, gdybym na startach biegów ultra stawał wypróżniony.

Wybiła godzina 5:00 i ponad 300 osób wyruszyło z serca Krempnej na batalię z Beskidem Niskim. Chwila po asfalcie, zakręt, jeden, drugi i za moment słychać było pierwsze
„kurwa!”. Na zegarku dokładnie 1.00 km, a przede mną średnio szczęśliwa pani siedziała właśnie po pas w wodzie w małym kanale. Niezbyt miły i zachęcający ją początek, ale zdarza się najlepszym.

39872727_2082719591812838_7827197809534173184_o
Miało wyjść świetne zdjęcie ehh /// Fot. Ultramaraton Magurski

Wiedziałem, że dalej jest wąski odcinek, ale nie zdołałem zająć komfortowej pozycji i troszkę się wlokłem na plecach innych. Każdy szerszy fragment starałem się wykorzystać na wyprzedzanie choćby pojedynczych osób. Przy jednej z prób niefortunnie obrałem punkt wybicia i chcąc przeskoczyć kolejnego biegacza, pośliznąłem się i jedynym ratunkiem przed całkowitą glebą było podparcie ręką o ziemię. Całe szczęście, że była to ziemia, bo noga pojechała oczywiście na niczym innym, jak na krowim placku. Odsuwałem od siebie tą myśl, przecież to na pewno tylko błoto, ale dostałem zapewnienie zza pleców z jasnym komunikatem, że było to gówno.

Pamiętałem z poprzedniej edycji, jak i profilu trasy, że do pierwszego punktu w Chyrowej czekają mnie dwa ciężkie podbiegi, a w mojej formie podejścia. Na trasie wydawało się, że jest ich znacznie więcej, a zbiegi to ultrakrótkie odcinki, które kończą się szybciej niż zaczynają. O dziwo, na punkt przybyłem całkiem świeży i kilka minut szybciej niż rok wstecz. Standardowo jako pierwszy wjechał arbuz i to byłoby na tyle, zgarnąłem jeszcze na odchodne 3 ciasteczka i ruszyłem dalej. Jeszcze chwilę szedłem i memłałem je w buzi, nie powiem, że poszły gładko, ale jeść trzeba. Pierwszy problematyczny ciek wodny za punktem udało się ominąć boczną ścieżką i małym mostkiem. Rok temu był to jedyny kanalik wypełniony wodą, podczas tej edycji rozpoczął on ich całą serię. Nie wszystkie udało się przekroczyć suchą nogą, ale w nagrodę albo za karę, za nimi zaczynał się odcinek asfaltowy.

Na twardej nawierzchni założenie było proste – biec! Płasko, lekko w górę, lekko w dół, ale biegniemy. Pamiętam, że rok temu na tym fragmencie trasy uskuteczniałem już
marsz przeplatany truchtem ze wskazaniem na ten pierwszy. Teraz było dużo swobodniej, kontrolowałem tylko, żeby nie przeholować z tą swobodą, w końcu zaczął się dłuższy zbieg, który prowadził praktycznie do punktu z wodą. Kilka łyków wody i jakoś tak jakby ciężej. Siły trochę mnie opuściły, zaczęło się więcej błota, buty co chwila były przemoknięte. W końcu wróciły wspomnienia z Ultraroztocza, gdzie przez przemoczone skarpety miałem tragedię ze stopami. Teraz tak samo, z każdym krokiem czułem, że moja stopa opiera się na bąblach, mimo, że nie miałem air maxów.

Ewidentnie dopadł mnie pierwszy kryzys, jednak od początku – można powiedzieć, że w parze – biegłem z Piotrkiem. Piotrek to taki fajny gość, który właśnie w tym momencie podbudował mnie, mówiąc, że gdyby nie ja to pewnie by biegł, ale, że ja idę to i on. Morale mi podskoczyły…, a niedługo później Piotrek odskoczył i tyle go widziałem. On zakładał biec na 58, ja na 92 km, więc starałem się do tej pory biec mniej więcej tym samym tempem. Jednak wtedy mi gdzieś czmychnął, a wiedziałem, że za moment powinno być podejście na Baranie. To akurat utkwiło mi w pamięci po zeszłorocznej edycji. Wtedy wydawało się nie mieć końca, być cholernie ciężkie. Przed oczami miałem biegaczy, którzy łapali się drzew, żeby chociaż na chwilę stanąć i nie zjechać w dół ze zmęczenia. Teraz też nie było lekko i przyjemnie, ale ten mierzący 754 m Everest nie rozbił mnie jak zeszłego lata.

Potem było błoto, dużo błota. Płaskie odcinki wypełnione od lewej do prawej ciemną papką, w której brodząc, co chwila miałem kolejne porcje wody w butach. Nie potrafiłem tam biec, główkowałem, gdzie stanąć przy kolejnym kroku, żeby mieć jak najmniej dostaw wilgoci do stóp. Chwilę później niestety już w sobie zdecydowałem, że w Ożennej wybiorę krótszy wariant trasy. Przyjechałem ukończyć bieg na dystansie 92 km, gdzie w zeszłym roku zszedłem z trasy na ok. 58 kilometrze, ale ze względu na kondycję stóp, a przede wszystkim na październikową Łemkowynę, podjąłem taką decyzję. Z bólem tego dnia bym wygrał, ale potem zapewne czekałaby mnie przerwa od treningów, a nie mogłem sobie pozwolić na ich brak przed 150-kilometrową wyrypą.

39786410_2082694925148638_3235812512377077760_o
Tutaj bardzo piekło /// Fot. Ultramaraton Magurski

Od tego momentu byłem już nieoficjalnym uczestnikiem MUR-a, któremu, aby dopełnić formalności, brakowało tylko odpowiedzi na pytanie: „Która trasa?” na punkcie w Ożennej. I właśnie wtedy zacząłem tracić moc, ewidentnie brakowało mi cukru. Popełniłem wielki błąd, że na punkcie nie napiłem się, ani nie wlałem do flaska coli. Zawsze spożywałem jej aż za dużo, a tym razem chciałem na siłę być fit, jak Robert… Wg zegarka jeszcze tylko kilka kilometrów, a mi dłużyło się to wszystko strasznie. To były chyba najdłuższe kilometry tej trasy. Szedłem, biegłem i czekałem na zbieg, który kończy się punktem odżywczym na 47 km. Kiedy już zacząłem lecieć w dół, nawet ten zbieg mi się wydłużał. W koooońcu jest, punkt w Ożennej z colą! Nie kłamiąc, wypiłem jej na punkcie ponad litr, do tego arbuz. Moment później wiedziałem już, że przesadziłem. Piotrek, którego dogoniłem na trasie chwilę wcześniej, też coś spożywał na ławeczce, a w momencie, kiedy poleciał dalej, zorientowałem się, że zgubiłem zakrętkę od bidonu. Kilka minut szukałem jej razem z wolontariuszami, ale dałem za wygraną, nie tylko z korkiem, ale i z dystansem 92 km, po tym jak oficjalnie potwierdziłem wyruszenie w prawo, czyli na dystans 58 km.

Rok temu na tym samym punkcie zaskoczyli mnie rodzice, którzy przyjechali na bieg. Teraz wiedziałem, że się wybierali, ale na punkt nie zdążyli przede mną. W stosunku do roku 2017, w Ożennej zameldowałem się jakieś 35 minut szybciej, bo z czasem 5:33 (co dawało całkiem realne szanse na wyśniony wynik, fuck). Wypełniony po brzegi słodką colą, opuściłem marszem punkt. Było ciężko, było źle, a w dodatku znajdowałem się na całkiem mocno nasłonecznionych asfalcie. W tamtej chwili nie miałem humoru, samopoczucie osiągnęło poziom zero, i przez colę, i przez to, że nie ukończę drugi rok z rzędu trasy 92 km na Magurskim. No i oczywiście wtedy nadjechali – bo kiedy by indziej – rodzice, których nie przywitałem wesoło z uśmiechem. Odburknąłem, że biegnę krótszą trasę i to było chyba na tyle. Dostałem informację, że Karola skończyła swój bieg na 20 km jako druga kobieta, więc cieszyłem się, że chociaż ona zrealizowała swój plan, z którym przyjechała do Krempnej.

A co do Krempnej to i ja już do niej zmierzałem. Cały asfaltowy podbieg przeszedłem, za co teraz mi wstyd. Dalej zaczął się las i tak naprawdę bieg dla mnie się już skończył. Nie było emocji, nie było euforii, było tylko kilkanaście ostatnich kilometrów do pokonania. Stopy coraz bardziej dawały popalić, zwłaszcza na zbiegach. Tak naprawdę to czekałem już tylko na wybiegnięcie z lasu i asfaltowe ostatnie kilka kilometrów do mety. Biegnąc w dół, mocno odpuszczałem, nie byłem w stanie złapać rytmu, dodatkowo tego dnia dziwnie ściskało mi tułów, kiedy biegłem w dół. W efekcie czego kilka osób mnie jeszcze wyprzedziło. Ale hola, hola, właśnie Adrian wbiegł na asfaltowy odcinek, lekko nachylony w dół. No i teraz miałem w głowie tylko, żeby biec, żeby ten biegł już się skończył, jak najszybciej. Osoby, które zgrzały mnie na ostatnich kilometrach, teraz stawały przy drodze na odpoczynek albo powoli truchtały w kierunku mety. Grzejące słońce w połączeniu z asfaltem i ponad 50 kilometrami w nogach potrafi dać w kość. A ja dalej sukcesywnie, odbijając się na bąblach od asfaltu, pędziłem na metę. Strasznie się dłużyło, ale dzięki temu kilkaset metrów przed metą, wyprzedziłem jeszcze kolejnego  zawodnika. Gdyby ktoś mi powiedział, że będę w stanie 58 kilometr pokonać w średnim tempie 4:30 to popukałbym się w czoło.

IMG_1994
Meta=piwo! /// Fot. Ultramaraton Magurski

W końcu upragniona meta, przed nią jeszcze prysznic ze strażackiego węża i jestem finisherę. Czas oficjalny 6:54:43, który jak się potem okazało, dał mi miejsce 24. na około 220 osób, które bieg ukończyły. Zapowiedź mojego finiszu przez szanownego pana Zenka, buziak od Karoli, mój pies merdający ogonem, rodzice, znajomi, sprawiły, że zapomniałem chociaż na moment o zmęczeniu. Jednak trochę byłem styrany, nie powiem, że nie.Wypiłem chyba kilkanaście dużych kubków z lemoniadą (wielki szacun za ten pomysł!). Ogólnie wszystko, co działo się na mecie było rewelacyjne, atmosfera i świetni ludzie! Dzięki!

Jakie wnioski z biegu? Hmm na pewno wrócę, bo w końcu musi nastąpić moment, że przekroczę metę po przebiegnięciu 92 km na Magurskim. Regularne treningi dają efekty, trwają niedługo, bo od marca, ale wiem, że będzie tylko lepiej. Następnego dnia czułem się naprawdę dobrze, nogi i mięśnie były trochę zmęczone, jednak o wiele wiele mniej niż się spodziewałem. Jest zajawka na sport, jest coraz więcej mocy, trzeba gonić Kiliana… 😉

40057896_2088718004546330_8593472841893019648_o
Ekipa z Belwederu /// Fot. Ultramaraton Magurski

 

 

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Ja vs Magurski 0:2. Jeszcze tam wrócę!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s